annagrodzka blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zmiana-plci

Anna Grodzka. Zmieniła płeć, startuje z Ruchu Palikota

Newsweek.pl: Jak to się stało,
że zdecydowała się Pani na zostanie politykiem i kandydowanie do
Sejmu?
Anna Grodzka:
To jest naturalna konsekwencja
wszystkiego tego, co w życiu robiłam. Już od czasów studenckich
byłam zaangażowana w politykę – działałam intensywnie w
Zrzeszeniu Studentów Polskich, potem w SDRP i SLD. Jednak wtedy
byłam zaangażowana w politykę na poziomie lokalnym. Potem
prowadziłam własne przedsiębiorstwo, w związku z czym nie mogłam
w pełni zaangażować się w politykę. Aż do czasu, kiedy
współzałożyłam fundację Trans-Fuzja, działającą na rzecz
osób trans- płciowych. Wtedy też zaczęłam się bardzo poważnie
zajmować działalnością z obszaru praw człowieka, a w
szczególności właśnie osób trans — płciowych.

Newsweek.pl:
A dlaczego Ruch Palikota a nie SLD?
Anna Grodzka:
Zwracałam
się do SLD, lecz działacze Sojuszu nie wykazali zainteresowania i
nie chcieli podjąć tych kwestii, które są dla mnie ważne, czyli
właśnie problemów osób trans-płciowych czy związków
partnerskich. Zresztą projekt ustawy o związkach partnerskich pod
szyldem SLD był możliwy tylko przed wyborami i to w bardzo
okrojonej wersji.

Newsweek.pl: Jak duża to może być
grupa?
Anna Grodzka:
Jeśli frekwencja w wyborach wynosi
zazwyczaj ok. 40 proc. to znaczy, że 60 proc. społeczeństwa nie
poszło na wybory i to jest właśnie wada tej demokracji. Myślę,
że właśnie większość z tych ludzi nie głosuje, bo po prostu
nie mają kogo wybierać, nie mają swoich reprezentantów. A mają
już dość głosowania na tych ludzi, którzy w tej parlamentarnej
karuzeli wciąż uczestniczą. Demokracja nie jest dyktaturą
większości. Dojrzała demokracja powinna być systemem, który
reprezentuje także mniejszości. Ruch Palikota zapewne w tych
wyborach nie zdobędzie większości i nie będzie rządził. Jednak
to, co my musimy zrobić, to właśnie otworzyć okna i wpuścić tam
trochę świeżego powietrza po to, żeby wszyscy ludzie poczuli się
w tym kraju jak u siebie.

Newsweek.pl: Startuje Pani
jako numer 1 z Krakowa? Dlaczego akurat Kraków? To chyba najbardziej
konserwatywne miasto w Polsce.
Anna Grodzka:
Kraków nie
jest aż tak konserwatywny jak nam się wszystkim wydaje. Kraków
rzeczywiście dzieli się na konserwatystów, ale mieszkają tam
również ludzie, którzy myślą nowocześnie. I to właśnie oni w
większości mają dość tego przypisywanego wciąż do Krakowa
konserwatyzmu. To właśnie oni w tym mieście nie mają swojej
reprezentacji, więc czas to zmienić.

Newsweek.pl:
Jakie są Pani pierwsze plany na pracę w parlamencie? Od czego
chciałaby Pani zacząć?
Anna Grodzka:
Skupiłambym się
przede wszystkim na naprawie systemu demokratycznego. Zmienić
należałoby go tak, aby przełamać tę sytuację zamknięcia i
niedopuszczania innych sił politycznych. Społeczeństwo musi być
reprezentowane w pełni, dlatego też ustawa o partiach politycznych
musi się zmienić. Kolejną ważną sprawą jest rozdzielenie
Kościoła od państwa. Kolejną sprawa wychowanie seksualne i
związki partnerskie. A mi osobiście zależy na lobowaniu o ustawę
o określeniu płci, ponieważ od lat występuje w obronie interesów
osób transseksualnych. Chciałabym monitorować powstawanie
polskiego prawa właśnie pod względem równości po to, by nikt
nikogo nie dyskryminował.

http://polska.newsweek.pl/anna-grodzka–zmienila-plec–startuje-z-ruchu-palikota,82144,1,1.html

Kiedy byłam
mała – byłam chłopcem.

Tak mi mówiła mama. Tak mówiły mi moje
duże okrągłe oczy, z przerażeniem wpatrzone w wiszące w
przedpokoju lustro. Tak mówiła mi pani Jadzia, która codziennie
wypijała z mamą herbatkę za herbatką, a także mała Ewa z
sąsiedztwa. Nawet Marta, której zazdrościłam jasnego jak len
warkocza, też tak mówiła. Wtedy płakałam. A więc, czy byłam
chłopcem? Byłam chłopcem!







Kiedy byłam mała – byłam
dziwnym chłopcem. Moja mama wiedziała – że dziwnym. Załamywała
ręce kupując mi wypłakaną w sklepie skakankę. Kochała mnie
nawet bardziej niż Święty Mikołaj, którego prosiłam w liście o
lalkę, a przyniósł mi pod choinkę hokejowe łyżwy i kilka
ołowianych żołnierzyków.



Kiedy byłam
mała – nie wiedziałam, że jestem szczęśliwa. Że kochałam i
byłam kochana. Tego dowiedziałam się potem.

Kiedy nadeszło „potem”, a ja nadal byłam mała, ale już nie tak mała, jak
przedtem – zrozumiałam, że jest mnie dwoje! Już nie było tak
szczęśliwie, jak przedtem, bo każde małe szczęście dzieliłam
na dwa. To było w szkole. Siedziałam wtedy w ostatniej ławce.
Sama, bo jak mówili: „w klasie jest nas nie do pary” i że „byłam najwyższa”.
Siedziałam sama. Mogłam więc wiele
myśleć, a jeszcze więcej marzyć i pragnąć. To co, że nikt nie
chciał dziewczynki takiej, jak ja, ani chłopca, takiego dziwnego.
Kiedy mazgaiłam się wyznając, że jestem i chcę być Nią,
niektórzy zaczynali mówić do mnie coś bardzo głośno, a inni
uśmiechali się do mnie smutno i pobłażliwie. Bolało. Przecież
mieli jednak rację! Przestałam tak „głupio gadać”. Od tej
pory, nie byłam już tak całkiem sama – było mnie dwoje: On, dla
innych, a Ja dla siebie. Od tej pory, mimo że mogłam kochać, nikt
nie mógł pokochać mnie. Miałam łeb zakuty w czapkę niewidkę.

W
ciemnym zakątku szafy mieszały się z kurzem moje skarby i dozgonne
tajemnice. Pamiętnik pełen uczuć i zapachów, zdobiony szlaczkiem
z wklejanych kwiatków, zdjęcia jakiejś królewny i jakiegoś
księcia, para pończoch z oczkiem, a także szminka, która gdzieś
potoczyła się i zginęła mamie. A w szkole, uczono mnie być
chłopcem. Och, jak bardzo nie lubiłam szkoły. Termometr, zbliżany
do rozgrzanej żarówki, pozwalał mi czasem zostać w domu i być
Anią. Razem z tymi wszystkimi skarbami, w ciemnym zakątku szafy
utrwaliła swoją przy mnie obecność, zazdrość. Och! Jakże
zazdrościłam dziewczętom, że sobie tak zwyczajnie były. A ja …?
Nie było mnie prawie wcale – rozczulałam się nad sobą jak głupia
i płakałam.

Tęskniłam do miłości. Mama kupiła mi
adapter Bambino. Ewa przychodziła do mnie słuchać płyt.
Puszczałam jej w kółko Beatlesów. Jej rodzice niebawem też
kupili adapter. Zdobyła skądś i powiesiła na ścianie swojego
pokoju plakat z Beatlesami. Przestała mnie odwiedzać. Potem
zobaczyłam, że twarz Lennona ozdobiła ramką czerwonego serca.
Ech! Marta zwierzyła mi się ze swojej „wielkiej miłości”.
Opowiadała o Marku wtulając raz po raz swoją śliczną buzię w
jego zdjęcie. Nawet nie wiecie, jak on cudownie dośrodkował piłkę.
Mistrz! Któregoś dnia zauważyłam, że obrastałam na nogach
włosem. Zwymiotowałam! Kochałam Martę. Przypięłam pinezkami jej
warkocz do swojej ławki, zanim została poproszona do tablicy.
Nienawidziłam piłki nożnej i Marka. Nienawidziłam wszystkich
facetów, a przede wszystkim siebie. „Jestem Anią” powtarzałam
cicho, wpłakując słowa w poduszkę – czy ktoś o tym
wie?!

Weszłam na stół. Tylko tak mogło mi się udać
sięgnąć po położoną przez mamę na szczycie regału książkę
o intrygującym tytule: „Seksuologia”. Taaak… czytałam! Nie
jestem zoofilem, koprofilem, sakrofilem. Hm. Jestem chyba
transwestytą… W dobrych radzieckich szpitalach, leczono to
lobotomią – przecięciem połączenia lewej i prawej półkuli mózgu
- lub prądem. Postanowiłam sama zabić w sobie Anię. Bardzo długo
umierałam.

Kiedy zostałam mężczyzną, byłam ładnym
chłopcem. Rozsiewałam nuty poezji, delikatne ciepło i smutek. Ta
dziewczyna dostrzegła to i doceniła. A ja? Jakże nie miałam nie
zauważyć całej tony kobiecego uroku, piękna i pobłyskującej
ponętnie inteligencji Śnieżynki. Zakochałam się. W
przytuleniach, uściskach rąk i gorących słowach, rozpływałyśmy
się. Unosiłyśmy się nad ziemią do tego stopnia, że dla niej i
dla mnie ciekawość ciała prawie nie miała znaczenia. To była
śliczna biała miłość. Dawałyśmy sobie czułość zamiast seksu
i miłosną przyjaźń. Mogłam kochać ją całą sobą. On, we
mnie, był jej księciem. A ja – Ania, bardzo kochałam, ale nie
mogłam nawet marzyć o jej miłości. Dla niej, nie było mnie –
nie wiedziała, że jestem.

Z wielkiego świata, z kosmosu,
pojawiło się nowe dla mnie słowo: transseksualizm.
Pomyłka
natury. Kobieta w męskim ciele. Eureka, euforia, szaleństwo! Jedno
słowo przewróciło mój świat, niebem do ziemi. Dowiedziałam się,
że moje marzenie może stać się rzeczywistością. Tak! Jestem
transseksualistką i mogę „się leczyć” – mogę zostać
kobietą. Tak orzekli lekarze. Teraz będę mogła żyć, oddychać,
być. Nie jestem zbokiem! Mam prawo do światła i przestrzeni! Mogę
nie tylko kochać, ale i być kochana. Ja! Taka, jaką jestem. Mogę
…? Czy mogę? Czy mogę być sobą? Tak bardzo tego chciałam – być
sobą! Ale ja, to także wszystkie moje relacje ze światem – moja
miłość, moje zobowiązania, moje lęki i fobie.

Jednak
teraz kiedy stałam się sobą – Anią, jestem wolna od własnych
zwątpień i lęków. Prysły. A więc były ze świata, który
zostawiłam za sobą. Odpięłam kotwice i z ulgą zostawiłam je w
mule. Płynę, dryfuję, staram się postawić żagle. Dokąd? Nie
wiem! Ale wiem, że płynę własnym kursem. Nie da się wszak
przeżyć szczęśliwie życia „nie własnego”.


  • RSS